Mistrzowie Muzyki Klasycznej, Giuseppe Verdi

14:24

Mistrzowie Muzyki Klasycznej to bardzo sympatyczna, przejrzysta publikacja dla kolekcjonerów i pasjonatów muzyki poważnej. Muszę przyznać, że biblioteczna wygląda bardzo pokaźnie, wręcz majestatycznie na mojej biurkowej półce, choć poszczególne książeczki są wyjątkowo niewielkie. Każdy album, to płyta kompaktowa wraz z biografią muzyka.

Dzisiaj postanowiłam sięgnąć po twórczość Verdiego, włoskiego kompozytora, dziedzica kultur,  republikańskiego ducha ojczyzny i jak się okazuje – bohatera narodowego. Prawdę mówiąc nigdy nie interesowały mnie perypetie życiowe znanych osób. Nigdy też nie zabiegałam o posiadanie jakichkolwiek publikacji związanych z ich twórczością. Muszę jednak przyznać, że jestem z siebie dumna, a bardziej dumna z faktu, iż sięgnęłam po ten krótki życiorys. Czego się dowiedziałam? Ano tego, że Giuseppe Fortunino Francesco Verdi wiódł bardzo smutne życie. Urodził się 10 października 1813 roku w Le Roncole koło Busseto, tam się wychował i tam też powrócił po ukończeniu szkoły muzycznej.  Jego edukację zapewnił mu kupiec, Antonio Barezzi, którego córkę poślubił w 1836 roku. Ta z kolei zmarła w sześć lat po ceremonii, a wraz z nią (choć w różnych odstępach czasu) ziemia pochłonęła Virginię, córkę muzyka oraz Icilla – syna. Nie trudno się domyśleć, że tragedia rodzinna stała się fatum kompozytora. Jego kolejne sztuki nie odnosiły sukcesów, a myśl o porzuceniu muzyki nie odstępowała na krok. Wnet pojawiła się piękna Giuseppina Strepponi – śpiewaczka operowa, której przydzielona główną partię kobiecą w „Nabucco”. To dzięki niej, Verdi odzyskał wiarę w człowieczeństwo, ponownie obdarzył kogoś czystym, szczerym uczuciem i powrócił do swojej kariery muzycznej. Opera ta cieszyła się niebywałym sukcesem. Zapewniła mu też bogactwo i liczne, europejskie tourne. O związku kompozytora z polityką i ówczesną sytuacją kraju musicie doczytać sami. Nie lubię wypowiadać się w tej kwestii i przede wszystkim – obawiam się przekręcenia pewnych faktów J  Do czego jednak zmierzam? Gorąco polecam Wam lekturę w akompaniamencie dołączonej do zestawy płyty kompaktowej. Muszę przyznać, że przyjemnie jest rozmarzyć się wędrując po meandrach fantazji mistrzów pióra. Na zakończenie chciałabym napisać jeszcze o trzech rzeczach. Pierwszą sprawą jest fakt, że odsłuchane w odtwarzaczu utwory, to tak naprawdę głębokie, emocjonalne historie wplecione w skąpe libretto. Jak jednak przystawić realistyczną, wystawną operę, wśród partii chóralnych i poszczególnych arii w trzyminutowym utworze? Zdradzę Wam jednak, że wykonawcom naprawdę wszystko się udało i płyta godna jest uwagi. Drugą sprawą, o której wspomniałam jest moja własna, ulubiona perełka. Mam tutaj na myśli operę Bal Maskowy i zawarty weń utwór „Morro‘ ma prima in grazia”. Pozwolicie, że zaczytuję jej treść, abyście mogli do niej odnieść się sami: Głównymi postaciami tej historycznej opery są gubernator Riccardo, jego przyjaciel i sekretarz Renato oraz jego żona Amelia. Renato, widząc swoją żonę w towarzystwie Riccarda, oskarża ją o niewierność i domaga się jej śmierci przez wzgląd na swój honor. Amelia zaprzecza wszelkich posądzeniom, ale godzi się ze swoim losem. Poruszającą arię rozpoczynają smyczki. Kobieta prosi męża o wyświadczenie jej ostatniej przysługi – pragnie przed śmiercią zobaczyć się z synem. Pełna smutku melodia w linii wokalnej snuje się na tle sekcji smyczków,  a śpiew Amelii przechodzi w żałosne zawodzenie „Umrę, ale najważniejsza jest dobroć…”. Aria kończy się, Amelia znika w ciemności, aby po raz ostatni zobaczyć swego syna. Finał tragedii rozgrywa się na tytułowym balu maskowym.

Na zakończenie postanowiłam jednak wypowiedzieć się ze strony technicznej o otrzymanej publikacji. Otóż, ujęła mnie za serce okłada. Przyznam też, że zarówno czcionka, jak i jakość papieru są warte swojej ceny. Niestety zauważyłam weń masę błędów językowych i  interpunkcyjnych. Sądziłam, że wydawane masowo publikacje winny być kontrolowane przez rzeszę pracowników działu korekta oraz poszczególne wytwórnie. Zawiodłam się, a szkoda. Ponadto, marzyła mi się lektura w akompaniamencie muzyki… Tutaj także moje oczekiwania nie zostały spełnione, bowiem jakość płyty pozostawia wiele do życzenia. Nie wszystkie utwory działają i przede wszystkim - przerwy między kolejnymi ariami są nieziemsko długie i nużące. Muszę przyznać, że naprawdę miałam szczerą nadzieję, że cena adekwatna będzie do jakości… Nie lubię się mylić. Szczególnie, jeśli w grę wchodzi mój budżet. J

You Might Also Like

0 opinii:

Dziękuję!

Recenzja "Harry Potter i Przeklęte Dziecko"

RECENZJA: Sztuka Kochania

Recenzja filmu "Wołyń" Wojciecha Smarzowskiego