Nadchodzi mrok, jednak czy na pewno mowa o Słońcu? Zapraszam na "Światło się Mroczy"

08:00


Georga Martina wszyscy kojarzą z Pieśnią Lodu i Ognia oraz kultowym serialem Gra o tron. Kto by pomyślał, że wśród oręża i batalii znajdzie się miejsce na fantastyczną opowieść w międzygwiezdnej otchłani.

Naszym głównym bohaterem jest Dirk t’Larien, który po siedmiu latach spotyka ukochaną Jenny (takie nadał jej niegdyś imię). Historia jednak nie wyróżniałaby się zupełnie niczym na tle pozostałych produkcji popularnonaukowych, gdyby nie fakt, że nasz bohater zostaje sprowadzony z powodu misji, a dokładniej pewnego rodzaju przysługi...

Gdy tylko trafia na Worlorn – do powoli ginącego świata – czeka na niego wiele niespodzianek. Dirka nie zaskakują wyłącznie konserwatywne zwyczaje Kavalarów, jakimi m.in. jest noszenie broni, ale i przykry fakt, iż jego jedyna wielka miłość jest… zamężna. Informacja ta nurtuje mężczyznę, peszy obecnością Jaana i wprawia w niemałe zakłopotanie. Dirk jednak należy do starożytnych herosów – wiernych i lojalnych, którzy cierpią, gdy składane im obietnice zostają łamane. Nie waha się jednak, gdy jego wybranka potrzebuje pomocy. Wiążąc się z Jaanem wpadła w pewnego rodzaju pułapkę, a oswobodzenie jej nie jest tak proste, jak mogłoby się pozornie wydawać.

Niestety literatura  klasy science fiction nigdy nie należała do moich ulubionych. Gdy zaczęłam czytać – a we wstępie odszukałam całą etymologię powstawania „tego” świata – przychodziły mi na myśl książki z cyklu Star Wars. Za to kiedy już wyobrażałam sobie autolot z laserami, głównym motywem był John Carter. Ot, takie fanaberie. Niemniej, książka daje mnóstwo satysfakcji czytelnikom (nawet tym, którzy uważają Martina za twórcę fantasy). Jest napisana bardzo sprawnie, możemy przekartkować ją w przeciągu dwóch wieczorów bez obawy, że zagubimy wątek. Na dobrą sprawę ja zamieszkałam w krainie niknącego słońca, wraz z bohaterami przeżywałam ich historię i wraz z nimi ją tworzyłam. Mam szczerą nadzieję, że i Wam uda się wkraść do odległych światów... :) 

Przyznam Wam jednak, że momentami czułam się znudzona lekturą. Książka zawiera mnóstwo kompletnie niczego nie wnoszących mitów czy opowieści, które nijak nie odnoszą się do współczesnego Kavalaanu. Wiele elementów i epizodów staje się dla nas oczywistych już po piątym rozdziale, a wzbogaca je tylko nagła wizyta Kavalarovów, mających za nic kodeksy i reguły. Trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć, czy książka mi się podobała. Lektura sama w sobie była bardzo przyjemna, jednak przyznaję się bez bicia – ominęłam kilka stron z opisami i wspomnianymi już filozoficznymi wywodami Martina. Gdybyśmy wycieli te „zbędne” fragmenty, książka uszczupliłaby się do 230-260 stron, a grono zadowolonych czytelników niewątpliwie wzrosłoby o 40%.

Niemniej, jeśli macie wolny wieczór i poszukujecie lekkiej, przyjemnej lektury – zachęcam Was do przeczytania książki Światło się mroczy. Pomimo wspomnianych wad, Martin już intrygował swoim piórem (pierwsze wydanie powstało w 1977 roku). Uważam, że warto przeczytać tę publikację choćby dla samego porównania współczesnej twórczości pisarza, z jego artystycznymi początkami.

Za Światło się mroczy dziękuję Wydawnictwu ZYSK i S-ka


You Might Also Like

9 opinii:

  1. No cóż, Martin lubi się rozwlekać, strasznie mnie to u niego denerwuje ;/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem, czasem są to sympatyczne "rozwlekania", jednak bywa, że strasznie nużą czytelnika :)

      Usuń
  2. A ja science fiction czytałam od dziecka. Lubię ten gatunek, rozwija wyobraźnię.

    OdpowiedzUsuń
  3. Chyba nie przepadam za książkami tego rodzaju :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem warto się przekonać :) Mi science fiction nigdy sie nie podobało, ale staram się dzielnie zwalczyć swoje podejście do książek :D

      Usuń
  4. O autorze słyszy się wiele i chcę coś przeczytać, ale raczej nie zacznę od tej :)

    OdpowiedzUsuń
  5. chciałam ale wyszła z magazynu, no nic, mam nadzieję, że jeszcze będzie mi dane! :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję!

Recenzja "Harry Potter i Przeklęte Dziecko"

RECENZJA: Sztuka Kochania

Recenzja filmu "Wołyń" Wojciecha Smarzowskiego