Co zrobisz gdy ktoś przystawi Ci nóż do gardła, a Ty nagle dostaniesz czkawki? Zapraszam na "Gringo wśród dzikich plemion"

15:33

Podróże z Wojciechem Cejrowskim to coś, co lubię najbardziej. Pełne humoru opowieści o tradycjach, obrzędach i kulturze Indian mogą nie tylko zachwycać, ale wzbudzać w nas, współczesnych ludziach, niemałą zadumę. Dzisiaj nie wyobrażamy sobie życia bez elektroniki, Internetu i naładowanej baterii w laptopie. Nie wspomnę już o dachu nad głową, centralnym ogrzewaniu i kanalizacji! Plemienia osadzające się na coraz to mniejszych terenach (bo przecież biały człowiek uwielbia tworzyć betonowe dżungle), żyjące z dala od cywilizacji nadal sypiają pod gołym niebem, polują na dziką zwierzynę i tak naprawdę nikt o nich nie mówi. Nie mówi, bo nikt nic nie wie. A dlaczego nie wie? Ano dlatego, że biały człowiek nie ma wstępu na terytorium Dzikich. Wojciech Cejrowski zdołał jednak przekroczyć tę niewyraźną granicę, wszedł do wioski Indiańskiej (i to niejednej!), a swoje przygody zapisał na kartach książki Gringo wśród dzikich plemion



Różnica między ludźmi, którzy realizują swoje marzenia a całą resztą świata nie polega na zasobności portfela. Chodzi o to, że jedni przez całe życie śnią o przygodach, a inni pewnego dnia podnoszą wzrok znad książki, wstają z fotela i wyruszają na spotkanie swoich marzeń.


Książka została po raz pierwszy wydana w 2003 roku, znalazła się niejednokrotnie na liście bestsellerów, a mój egzemplarz od Wydawnictwa ZYSK i S-ka jest Złotą książką z okazji przekroczenia nakładu pół miliona egzemplarzy. Brzmi dumnie, prawda? Mnie jednak wcale nie dziwi sukces publikacji. Prawda jest taka, że sposób opowiadania poszczególnych zdarzeń przez Wojciecha Cejrowskiego bawi nas na każdym kroku. Zaintrygowani przewracamy stronę za stronę, aż w pewnym momencie zdajemy sobie sprawę, że lektura już się skończyła. Tak, 300 stron to zdecydowanie za mało. W opowieści Gringo wśród dzikich plemion wędrujemy do Ameryki Południowej, pływamy kajakami, które nagle nie mieszczą się w korycie rzeki, spacerujemy wśród jadowitych pająków, niebezpiecznych węży i kolorowych żab (wiadomo, że im bardziej zwierzątko jest pstrokate, tym rozsądniej byłoby omijać je z daleka) pod okiem specyficznych przewodników – Dzikich! Obnażają oni przed nami zagadki nieokiełznanej dżungli, a autor co i rusz zwodzi nas na manowce nieco zmieniając szlaki (robi to celowo, aby biały człowiek nie trafił w te miejsce i nie rozpoczynał procesów cywilizacyjnych).

Gringo wśród dzikich plemion to nie tylko zapisane kartki, a przede wszystkim wspaniała książka podróżnicza, pełna wyrafinowanego gustu i przezabawnych zwrotów akcji. Przepełniona humorem opowieść o tym, co wydarzyło się naprawdę, choć właściwie nikt nie wie, czy lektura spisana została w odpowiedniej chronologii. :D Gringo… to też przezabawne komentarze korekty, piękne fotografie i masa ciekawostek. Książka tradycyjnie już została wydana w twardej oprawie, a przygody naszego podróżnika zapisano na wysokiej jakości papierze. Zdradzę Wam, że tej publikacji nawet deszcz nie jest straszny! Podczas lektury zostawiłam książkę na chwilę, kiedy to ratowałam kota z opresji, a gdy dostrzegłam jej brak… podziwiałam jak pięknie moknie na huśtawce przed domem. Niemniej, przetrwała i ma się naprawdę dobrze.

A teraz cytat, który słyszeli wszyscy:
Motyl – bardzo delikatne słowo. Zwiewne; zupełnie jak... motyl. Po angielsku też jest delikatne – butterfly. Na piśmie niekoniecznie to widać ale proszę mi uwierzyć – ono brzmi jak aksamit. Jest takie... maślane.

Po francusku, z kolei, śliczne, drobniutkie – papillon.
Po hiszpańsku, urocze – mariposa.
Po rosyjsku, kochane – baboćka. 
A po niemiecku SCHMETTERLING! No cóż.

Zastanawiam się, co powinnam napisać aby zachęcić Was do lektury. Książka jest bardzo czytelna i zgrabnie napisana. Warto zaznaczyć, że Cejrowski ma bardzo specyficzny sposób wysławiania się i przekazywania emocji, ale wierzcie mi, że język jest bardzo przystępny i plastyczny. Autor stara się przedstawiać najrzetelniej swoje przeżycia, czasem aż z nadmierną szczegółowością (mamy tu na przykład kąpiele pod czujnym okiem kobiet z wioski), co pozwala nam zrozumieć codzienność i obyczaje Dzikich. Każdy rozdział, drobną podróż i relacje plemienne podsumowuje „Morałem”, który niejednokrotnie bywa zabawniejszy niż sam opis przeżyć. Uważam, że Gringo wśród dzikich plemion to idealna książka na zimowe wieczory – gdzie chciałoby się powędrować, kiedy śnieg osypuje ziemię i nawet nosa nie chce nam się wystawić poza ciepły kocyk? Gorąco polecam!

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu ZYSK i S-ka:







Fragment książki:

Będzie to o opowieść o tropikalnej puszczy.
A także o ostatnich wolnych Indianach.
I o pewnym białym człowieku, który zamieszkał pośród nich.
Choć od pewnego czasu w ogóle nie nosi butów, zamiast majtek wkłada przepaskę biodrową, a jedzenie zdobywa za pomocą dmuchawki, jest on w gruncie rzeczy taki sam jak Wy. Też kiedyś czytał książki podróżnicze i marzył o dalekich lądach.
Pewnego dnia wstał z fotela, zarzucił sobie na plecy lodówkę i poszedł na pobliski bazar. Wkrótce potem wrócił, wytarł kurz w pustym miejscu po lodówce, a następnie zaczął pakować plecak. Głęboko w kieszeni miał mały zwitek pieniędzy i świeżą rezerwację na samolot.
Tak się to wszystko zaczęło.
Ale od tamtych wydarzeń minął już szmat czasu, natomiast całkiem niedawno, nad jednym z mało znanych dopływów Amazonki...

...brazylijski oddział wojskowy natknął się na ukryte w dżungli tajemnicze obozowisko. Dookoła, w promieniu wielu dni łodzią, nie powinno być żywej duszy. Obszar wielkości Belgii pozostawał niedostępny dla ludzi - oficjalnie jako ścisły rezerwat i strefa przygraniczna, a w praktyce jako ziemia tak niegościnna, że wciąż niezdobyta. Skąd więc nagle pośrodku tej głuszy ślady ogniska oraz całkiem nowa maczeta wbita w pień? Kto tu był, skoro wojsko bardzo dokładnie pilnowało, żeby tu nikogo nie było? Kto i dlaczego porzucił w lesie trzy hamaki, zawieszone pod daszkiem z palmowych liści?

Dwa z nich uplecione indiańskim sposobem - z łyka - nie wzbudziły szczególnego zainteresowania. Ale ten trzeci wywołał sensację. Wykonano go z cienkiej nylonowej płachty, którą po zwinięciu i zgnieceniu dawało się upchnąć w kieszeni spodni. Dowódca patrolu testował to kilkakrotnie: z zachwytem i niedowierzaniem zwijał hamak, chował do kieszeni, potem wyciągał, rozwijał, znowu zwijał, chował... W końcu znudził się, zwinął po raz ostatni, wcisnął w kieszeń i..
- Koniec cyrku!! Nie gapić się! - warknął na żołnierzy wpatrzonych zazdrośnie w jego wypchaną kieszeń.
Warknął bardziej dla zasady, bo powód do zazdrości był wyjątkowo uzasadniony: takich hamaków nie można kupić w żadnym sklepie - znajdują się wyłącznie na wyposażeniu oddziałów specjalnych, są wydawane za imiennym pokwitowaniem, a po akcji trzeba je zdać do wojskowego magazynu.
No i tu tkwił problem: Co oznaczało pojawienie się takiego hamaka na tym odludziu? Dlaczego dyndał pozostawiony w lesie? Kim był jego właściciel?
I gdzie był teraz?

Po konsultacji przez radio, dowódca patrolu otrzymał z bazy w Tabatinga wiadomość, że dwa miesiące wcześniej po okolicy kręcił się pewien biały człowiek. Rozpytywał o możliwość wynajęcia łodzi, dwóch wprawnych myśliwych i przewodnika. W przeciwieństwie do innych gringos, odwiedzających te strony, nie interesowały go ani obserwacje egzotycznego ptactwa, ani poszukiwania rzadkich gatunków orchidei. Nie łapał też motyli do kolekcji. Chciał odnaleźć pewne indiańskie plemię o którym wiadomo trzy rzeczy: jest dzikie, krąży po dżungli stale zmieniając miejsce pobytu i zdecydowanie nie chce, by je ktoś odnalazł.
Niechęć ta przybiera niekiedy znamiona ostentacji. Wówczas na wścibskich intruzów sypią się charakterystyczne czarne strzałki wystrugane z twardego rodzaju drewna. Końcówki tych strzałek mają kolor czerwony, co oznacza, że umoczono je w gęstej, dobrze skoncentrowanej mazi, którą zwykło się określać słowem kurara.
Myśliwi oraz przewodnik, których biały człowiek w końcu znalazł i najął, wrócili do Tabatingi już jakiś czas temu, ale o nim samym nikt nic nie wiedział. Prawdopodobnie także wrócił i zaraz potem odjechał do swego kraju.
Po odebraniu powyższych informacji i wyłączeniu radia, dowódca postanowił wydać komendę "Do łodzi!". Niestety nie zdążył. W chwili, gdy otwierał usta, wleciała mu przez nie mała czarna strzałka. Utkwiła w gardle u nasady języka. Charknął krótko, padł na ziemię, wierzgnął raz czy dwa i momentalnie znieruchomiał.
Zza otaczających obozowisko chaszczy wyleciało jeszcze kilka takich strzałek. Wszystkie były celne. I wszystkie równie zatrute, jak ta pierwsza.
W ciszy, która nagle zapadła, nie dało się usłyszeć nic. Jedynie bardzo wprawne oko myśliwego mogłoby się domyślić kilkunastu nagich ludzkich sylwetek prawie niewidocznych pośród zarośli.
Jedna z tych sylwetek wyszła z gęstwiny, schyliła się nad ciałem dowódcy, wyciągnęła mu z kieszeni hamak i bezszelestnie pobiegła w ślad za pozostałymi członkami swego plemienia, którzy szybkim krokiem oddalali się już z tego miejsca.
Potem, stosownie do okoliczności, nad pobojowiskiem zapadła grobowa cisza.


Kilka godzin później, ciszę tę przerwało coś jakby stęknięcie.
Po dłuższej chwili jeden z trupów mrugnął powieką.
W tym samym czasie kilka metrów dalej ręka martwego dowódcy uniosła się ponad butwiejącą ściółkę...
...i opadła.
Uniosła się znowu...
...i znowu opadła.
Gdyby ktoś żywy obserwował tę scenę to prawdopodobnie albo by zmartwiał ze strachu, albo z wrzaskiem uciekł w ciemny las - pośród zapadającego zmroku umarli budzili się do nocnego życia.
W pewnej chwili, z wyraźnym wysiłkiem, trup dowódcy sięgnął sobie do gardła i wyrwał zatrutą strzałkę. Zaraz potem zwymiotował.
Wkrótce wszystkie trupy poszły w jego ślady. Też zwymiotowały.
To był znak, że trucizna powoli przestaje działać. Ustąpił paraliż, stężałe mięśnie zaczęły się poruszać, z oczu odeszła mgła.




You Might Also Like

3 opinii:

  1. Oczywiście słyszałam o tej pozycji już parokrotnie. Jak na nią trafię to z pewnością przeczytam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytałam i byłam zachwycona, cudowna podróż w nieznane, niby tylko w wyobraźni, ale pochłania całkowicie. Również polecam.
    Oj teraz bez klimatyzacji itp. niektórzy nie są w stanie przeżyć, taki przykład, przez wakacje pracowałam w górach w pewnym schronisku, zwykłe domki, internet tylko w kierownictwie, zasięg w kilku miejscach. Na jednej kolonii był chłopak(ze 12 lat), który dzień w dzień płakał, ze chce do domu. A wiesz jaki był tego powód? Cytuję dosłownie, bo się osłuchałam go przez cały tydzień "Tutaj nie ma klimatyzacji, nie da się żyć, te domy są za małe, ja chcę do miasta!"
    No właśnie, katastrofa, co z tym światem się dzieje, więc chyba takie książki są potrzebne, żeby dzieci w XXI wieku, wiedziały, ze nie wszędzie jest coś takiego jak wi-fi, a telewizja to marzenie.
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytałam nie raz, wspaniała książka. Sama nie mam odwagi na takie podróże, a dzięki Cejrowskiemu mogę ruszyć się tak daleko od domu. Polecam :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję!

Recenzja filmu "Pitbull. Niebezpieczne kobiety"

Recenzja książki "Harry Potter i Przeklęte Dziecko"

Recenzja filmu "Wołyń" Wojciecha Smarzowskiego