Kolejna wyprawa na Wschód - tym razem z Robertem Maciągiem!

17:12


Seria podróżnicza „Poznaj Świat” wydawana pod okiem Wojciecha Cejrowskiego jest regularnie uzupełniana w mojej biblioteczce za sprawą Wydawnictwa Bernardinum. Ostatnio nie miałam zbyt wiele czasu, by chłonąć lektury w ilości, w jakiej mam to w zwyczaju, ale niewielka dawka turystyki, szczególnie przed snem, to idealne lekarstwo na miniony, ciężki dzień. Książką, którą otrzymałam, nosi tytuł Rowerem w stronę Indii, a wyszła spod pióra Roberta Maciąga. Pan Robert ma już na koncie inną publikację, Rowerem przez Chiny, Wietnam i Kambodżę, a tytuł może świadczyć tylko o tym, że nasz mieszkający w Londynie podróżnik musi uwielbiać rowerowe eskapady. Na dobrą sprawę wcale mu się nie dziwię. Sama pamiętam własne wyprawy (choć daleko im do międzynarodowych podróży), które nieraz zajmowały całe dnie i powodowały, że jako nastolatka powracałam do domu o mało przyzwoitych porach. Taki już los osób, które maniakalnie próbują odkryć „coś nowego”, zwiedzić „coś w sposób niekonwencjonalny i daleki od standardowych folderów biur podróży.


Zanim zaczęłam czytać zastanawiałam się, czy kiedykolwiek wybrałabym się w podróż do Indii. Trudna sprawa. Może i podoba mi się styl indie clothes & gadget, ale żeby zaraz desperacko zwiedzać to państwo? Co więcej, w przeciągu kilku dni od moich rozmyślań,  ESN przydzieliło mi Turka, którego mam zapoznać z Warszawą, choć sama nigdy bym się nie wybrała do jego rodzinnego kraju. Nawet na wycieczkę! Gdzie w takim razie rozpoczyna się na dobre nasza książkowa przygoda? W tureckim Istambule! I wiecie, co? Już w pierwszym rozdziale zdałam sobie sprawę, że moje uprzedzenia były niesłuszne. Autor przedstawia miasto jako niesamowicie spokojną krainę z wyśmienitą herbatą w każdej z alejek i… brudnymi ulicami, które aż roją się od szkieł i śmieci. Pozostawiający wiele do życzenia upał, towarzyszący nam  z kolei przez całą wycieczkę. To stosunkowo przerażające, bowiem to Polacy wielokrotnie narzekają na wakacyjne temperatury.

Co by jednak nie było, muszę przyznać, że książkę czyta się stosunkowo ociężale. Lektura jest oczywiście ciekawa, opisy opiewają cudowne zdjęcia i naprawdę poznajemy świat wielkiej Azji od bardzo nietypowej strony, to pomimo lekkiego pióra Maciąga (które według Wojciecha Cejrowskiego zostało znacznie poprawione) książka się dłuży. Nie jest to lektura na jeden wieczór. Trzeba ją odłożyć, przemyśleć daną część wyprawy i powrócić do kontynuowania lektury. Nie chciałabym Wam zdradzać, jak wyglądała podróż Ani i Robba, bowiem stracicie to, co najważniejsze w tej propozycji. Zdradzę Wam jednak, że przedstawiony świat jest aż nazbyt realistyczny, a perspektywa przepełniona humorem i naszymi, polskimi stereotypami. Swawolne odkrywanie nowych lądów to najpiękniejsza sprawa, jaką mamy w zasięgu swojej ręki. Maciąg przedstawia nam krajobrazy, które doskonale zna, bowiem widział je już kilkukrotnie podczas swoich dotychczasowych podróży, za to Anna biega z aparatem fotografując zjawiskowe wytwory natury. Jedyne, co nie podoba mi się w tej książce, to drobne przechwycenie stylu od Wojciecha Cejrowskiego. Mam tu na myśli opis pięknego krajobrazu, fauny i flory, której harmonia zostaje zaśmiecona mniej, lub bardziej biodegradowalnym materiałem (dosłownie). To właśnie takie wskazanie palcem nam, czytelnikom, że świat nie jest idealny powoduje, że zaczynamy zdrowiej myśleć o ekologii i otaczającym nas świecie, jednak taka konfrontacja, zawarta w jednym zdaniu, wywołuje niechęć do dalszej lektury. Takie jest moje zdanie.

Na zakończenie pozostawiam z Was z jednym z opisów, który w kolejnych wersach został naruszony wyżej wspomnianym poczuciem humoru autora „Zatrzymaj się na chwilę, a usłyszysz. Ptaki pustyni, pszczoły i trzmiele. Szum turkusowej wody i tokujące w środku drogi gołębie. Stukot własnego serca. Własny, płytki oddech. Żwir i kamienie. Żółto-czarne motyle”. Cytat ten postanowiłam zapisać sobie na małej karteczce, nosić w portfelu i powrócić do niego, kiedy wybiorę się latem na rowerową wycieczkę. Napomknę Wam też tylko, że książka kończy się bardzo ciepło i uświadamia nam, że podróże zbliżają ludzi. Dzięki nim można nie tylko poprawić swoją kondycję fizyczną, odkryć nieznane lądy, czy rozszerzyć swoje horyzonty, ale i odnaleźć miłość na całe życie. Osobiście trzymam kciuki za Anię i Roberta Maciągów, aby wiodło im się jak najlepiej. J I wiecie co? Chyba zakończenie tej historii, w kafejce na stacji metra New Delhi, sprawiło, że nie miałam zamiaru opowiadać Wam technicznych przeżyć (jak skręcanie rowerów, zagwozdek związanych z Hitlerem czy darmowego ulokowania w hotelu), widoków, albo obrazów. Ta książka sięga głębiej, bo do ludzkiego wnętrza. Jest naprawdę świetną propozycją dla osób, które kochają podróże i nie potrafią oderwać się od literatury. „Zwiedzić” karty możecie sami, gdy tylko sięgniecie po tę książkę. Polecam!

„Świat jest przecież pełen Dobrych Ludzi. Wystarczy się odważyć i wyjść im na spotkanie…”


Za książkę dziękuję Wydawnictwu Bernardinum:




You Might Also Like

0 opinii:

Dziękuję!

Recenzja "Harry Potter i Przeklęte Dziecko"

RECENZJA: Sztuka Kochania

Recenzja filmu "Wołyń" Wojciecha Smarzowskiego