Norrrrrrweskie noce! :D

17:14

Jest wiele książek, które intrygują, wciągają i nie pozwalają oderwać się od lektury. Część z nich nas bawi, część pociąga, a inne z impetem zniechęcają do dalszych konwenansów z tytułem. W moje ręce wpadła jedna z najnowszych publikacji wydanych przez Wydawnictwo Feeria pt. Norweskie Noce. Czy było warto poświęcić książce kilkanaście godzin? Czy rozsądnym było spędzić kilka wieczorów w fotelu z kubkiem kawy? Tak! Dawno nie bawiłam się tak świetnie podczas lektury.

Nic nie trwa, dopóki się nie zacznie. Zrób pierwszy krok, a dopiero potem będziesz się martwić, jak daleko zajdziesz.

Kiedy rozpoczęłam pierwszy rozdział nieco się wahałam. Kryminał, kolejna opowieść o zbrodni w niewyjaśnionych okolicznościach, obskurny komisarz i wodzenie za nos czytelnika w kompletnie oderwany od rzeczywistości i absurdalny sposób – to były moje myśli i przekonania, które nijak nie odniosły się do książki Millera. Publikacja jest fenomenalna, bawi, sprawia, że łakniemy kontynuacji lektury, zaciekawieni przewracamy strony i poszukujemy splecionych wątków, drobnych szczegółów i poznania oblicza „potwora”.


Zapytacie pewnie, jak to możliwe, że kryminał bawi. Ano możliwe, bowiem autor skupił się na niesamowitej grze słów, pełnych optymizmu, czasem czarnego humoru dialogach dziadka, wnuczki i jej męża. Miller przedstawia nam naszego głównego bohatera, Sheldona Horwitza, jako 82 letniego mężczyznę powoli wpadającego w demencję. Sheldon oczywiście nie jest w stanie pogodzić się z chorobą, głównie ze względu na swoją przeszłość, ponieważ  należy do byłych żołnierzy Marines i weteranów wojennych.

Kto pierwszy ten lepszy. Wygrywają najsilniejsi. Prawo dżungli. Jestem stamtąd, gdzie konkurencja rodzi kreatywność, a z konfliktu rodzi się geniusz.

Fabuła książki tak naprawdę rozbija się wokół jednego wątku. Sheldon, aby być pod opieką wnuczki, przeprowadził się z Nowego Jorku do Oslo. Nie zna języka, nie odpowiadają mu ani kultura, ani obyczaje panujące w nowym mieście. Pewnego dnia, kiedy zostaje sam w domu, dochodzi do nietypowego zdarzenia. Z mieszkania znajdującego się pięto wyżej dobiegają hałasy, które nie mają miejsca po raz pierwszy od osiedlenia się Horwitza. Z schodów zbiega przerażona kobieta, ukrywająca małego chłopca, wzrokiem błagająca o pomoc. Sheldon niewiele myśląc ukrywa dziecko. Kobieta zostaje zamordowana… Od tego momentu nasza historia się rozwidla. Poznajemy fabułę z perspektywy Sheldona i policji. Autor przywołuje niesamowita retrospekcji i pozwala nam snuć rozmaite domysły o „potworze”.

Czy książkę warto przeczytać? Owszem, zwłaszcza podczas jesiennych wieczorów. Ja spędziłam z lekturą kilka dni. Przyznam, że nieraz uśmiechnęłam się do barwnych komentarzy i docinek Horwitza. Miller miał naprawdę świetny pomysł na fabułę, ale niestety nie zrealizował go w 100% tak, jakby wymagał tego oczytany miłośnik literatury. Zabrakło mi tutaj tempa akcji, skupienia się na zdarzeniach „tu i teraz”, a pominięcia pobocznych elementów, jak np. poronienie Rhei. Nie uważam jednak, że te mankamenty powinny implikować odsunięcie tej prepozycji na boczny plan. Jak dla mnie naprawdę warto sięgnąć po Norweskie noce. Pióro jest niesamowicie lekkie, fabuła dość płynna, a całość zamknięta w blisko 400 stronach. Gorąco zachęcam do lektury! Polecam! 



Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Feeria:

You Might Also Like

0 opinii:

Dziękuję!

Recenzja "Harry Potter i Przeklęte Dziecko"

RECENZJA: Sztuka Kochania

Recenzja filmu "Wołyń" Wojciecha Smarzowskiego