Bohemian Rhapsody - kilka słów o tym, dlaczego film nam nie przypadł do gustu

21:52

Film dobry, ale tylko w kinie o dobrym nagłośnieniu i nie za warszawskie stawki. 


Bohemian Rhapsody, oto tytuł najnowszej amerykańsko-brytyjskiej produkcji reżyserii Bryana Singera, znanego szerokiej publiczności z serii filmów o X-men. Czy podołał oczekiwaniom, jakie postawiła przed nim milionowa publiczność na całym świecie? Czy stworzył film godny legendy muzyki? Czy zaintrygował widzów i opowiedział w rzetelny sposób historię mistrza? Nie. Zapraszam do lektury.

Wyobrażenia i rzeczywistość zwykle ze sobą nie mają nic wspólnego. Oczekiwałam poważnego dokumentu, emocji, przeżyć, głębokiej historii. Otrzymałam fraszkę, historię spłaszczoną do granic możliwości, pozbawioną niedopowiedzeń, emocji, chwili dla widza. Nie jestem też fanką Queen, jednak ci, którzy śledzili karierę zespołu od samego początku mówią o zaburzeniu chronologii zdarzeń i potwierdzają moją opinię o tym, że historia została zakrzywiona. 

Już od pierwszej sceny nie złapałam wspólnego języka z głównym bohaterem, w którego postać wcielił się Rami Malek. Aktor nie spełnił moich oczekiwań, jego charakteryzacja czy pełne poświęcenie dla roli (m.in. zabieg ortodontyczny, który zapewnił mu charakterystyczny zgryz) kompletnie nie przypadły mi do gustu. W głowie mam tylko jedno - Mercury wyglądał inaczej (choć znam tylko schyłek jego kariery i być może z tego powodu tę postać wyobrażam sobie nieco inaczej). 

Ogromnym atutem filmu jest jednak pokazanie okoliczności powstawania poszczególnych utworów. Mało kto wie, że We are the champions to utwór stworzony dla publiczności, która mogła tupać, klaskać i skandować w rytm muzycznej inspiracji. Podobnie jest z utworem Love of my life, stworzonym dla Mary, narzeczonej Mercury’ego. Ciekawym elementem był również proces twórczy artystów, który wyodrębnił Singer. Genialny słuch lidera Queen, inspiracje z otaczającego świata i niefrasobliwi muzycy pozwoliły stworzyć pierwszy, a także każdy kolejny album zespołu przepełniony niekonwencjonalnymi dźwiękami i inspirującymi wariacjami wokalnymi. 

Sceną, która naprawdę mnie wzruszyła i przez krótką chwilę ścisnęła za gardło był występ podczas Live Aid - wielkiego wydarzenia charytatywnego, wspierającego zbiórkę pieniędzy dla ludzi głodujących w Afryce. Pomimo kontynuowania kariery, występ ten był zarówno symbolem pojednania z ojcem, potwierdzeniem swojej tożsamości oraz pochodzenia, ponownym połączeniem zespołu Queen ale i dniem żegnania się z publicznością na całym świecie. DVD z tego koncertu zajmuje ważne miejsce na półce w wielu domach, a są Ci, którzy mieli okazję obejrzeć transmisję na żywo. Milionowa publiczność i on, legenda muzyki na głównej scenie. W tym miejscu bardzo żałuję, że producenci filmu oraz jego reżyser nie zdecydowali się na dołączenie fragmentów Live Aid z udziałem Freddy’ego Mercury’ego. Ten koncert pokazuje wielkość artysty, zobaczcie sami! :)


Po przeczytaniu tego artykuły macie pewnie równie mieszane uczucia, ale przyznam, że filmie o Queen zabrakło mi przede wszystkim muzyki. Nie spodobało mi się spłycenie tej historii - bo czy muzykiem na skalę światową staje się „od ręki”? Wielu elementów też nie zrozumiałam, a wniosek, który nasunął mi się w trakcie projekcji to przypuszczenie, że Mercury nie był dobrym człowiekiem. Utwierdziłam się jednak w tym, że chciałabym kiedyś zobaczyć Queen na żywo i potwornie żałuję, że nigdy nie mogłam tego zrobić.  Potwierdziłam też swoje przekonanie, że mając prawdziwy talent można odnieść sukces i porwać milionową publiczność na całym świecie. Przykrywanie braku umiejętności za pomocą pozornego show, odwracającego uwagę to niestety domena naszych czasów, ale skoro piosenki są o niczym, a co druga osoba jest celebrytą nie możemy oczekiwać zbyt wiele. Jestem mimo wszystko ciekawa, jaka jest Wasza opinia o firmie Bohemian Rhapsody? Czy obejrzeliście go na wielkim ekranie? A może planujecie wybrać się do kina? 

You Might Also Like

22 opinii:

  1. Szkoda, że się zawiedliscie. Ja, nie planowałam oglądać tego filmu. 😊

    OdpowiedzUsuń
  2. Planowałam obejrzeć go wkrótce. Może mnie się spodoba :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie jestem fanką Queen, stąd nie planowałam oglądać tego filmu... Ale czytałam kilka recenzji i właśnie wiele osób oceniało ten film podobnie do Ciebie. Z kolei moi znajomi, którzy byli w kinie na "Bohemian rapsody", byli zachwyceni :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie odbiór jest bardzo skrajny, chyba warto samodzielnie wyrobić sobie opnię w tym przypadku :)

      Usuń
  4. A ja z filmu wyszłam bardzo zadowolona i z podejściem, że każdy młody człowiek (przynajmniej!) powinien go obejrzeć. Uważam, że krytyka filmu ma sens tylko w przypadku wielkich fanów Queena, bo poza zarzucanymi nagięciami biografii (której nie znam) znalazłam w nim ogrom świetnego przesłania. Nie byłam nigdy wielką fanką, ale jako muzyk i muzykolog bardzo doceniałam polot i kreatywność zespołu. I zdruzgotana jestem badziewiem puszczanym w 90% dzisiejszych stacji radiowych oraz gustami muzycznymi w naszym kraju (choć nie tylko, ale Polacy są niestety wyjątkowo niemuzycznym narodem).
    Dla mnie to był film o tym, że warto robić rzeczy niestandardowe. Wierzyć w siebie i mieć odwagę spełniać marzenia. Że bez kreatywności jesteśmy szarakami manipulowanymi przez silniejszych od nas. Że rodzina ma na nas ogromny wpływ i wyczyszczenie relacji z rodzicami jest kluczowe dla naszej psychiki. Że wszyscy popełniamy błędy, ale trzeba czasem schować dumę do kieszeni i przyznać się do błędu, a to zaowocuje. Że samotność potrafi niszczyć, ale muzyka leczyć. I że każdy element zespołu Queen był mega ważny, a nie tylko Freddie. Choć bez jego fantazji, zdolności i odwagi faktycznie Qeena by nie było.
    A ostatnia scena nie zrobiłaby takiego wrażenia, gdyby nie wcześniejsze. Tak się buduje film. Nie da się w 2h zrobić filmu o tak barwnej postaci, nie spłycając wielu rzeczy. Nikt tego nie osiągnie, bo to jest zwyczajnie niemożliwe. Ale ta produkcja nie powstała dla fanów, a dla szerokiej publiczności. Dlatego musiał mieć elementy bez których by się nie sprzedał, a które nie podobają się fanom. Ale dzięki temu obejrzy go więcej osób, prawdopodobnie doceniając zespół o którym do niedawna nie wiedziały niemal nic.
    Dlatego według mnie bardzo dobrze, że powstał. :)
    Pozdrawiam słonecznie ☼
    Ewa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz dużo racji. Współczesna muzyka w dużej mierze nic sobą nie reprezentuje, wytwórnie muzyczne szyją teorie do rzeczy, którym kompletnie brakuje przesłania. Film o Queen jest ciekawy. Zdaję sobie sprawę, że jego celem było pokazanie historii muzyków, ale uważam, że można było zrobić to lepiej ;) im bardziej dosadnie spoglądamy na kino i zderzamy się z wielkimi produkcjami, których jakość nas zachwyca, nagle taki film staje się dzarakiem na tle pozostałych ;)

      Usuń
  5. Obejrzałem, bardzo dobre kino familijne i nic więcej. Szkoda, bo aż się prosi, żeby zrobić z tego tematu film, którego nie będzie można zapomnieć latami. Widzę też, że film nie spełnił swojej roli, skoro wydaje ci się, że Mercury nie był dobrym człowiekiem -z tego co wiem to był bardzo empatyczny i miły. W tekst wkradł ci się błąd: To "We Will Rock You", a nie "We are the champions" to utwór stworzony dla publiczności, która mogła tupać, klaskać i skandować w rytm muzycznej inspiracji. Pozdr

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, już naprawiam! Dziękuję za czujność ;) nucenie w głowie kolejnych piosenek ma swoje wady ;D widzę jednak, ze mamy podobne odczucie :) oczekiwaliśmy więcej.

      Usuń
  6. Nie oglądałam, nie słyszałam ale mogłabym zerknąć z czystej ciekawości, bo czemu nie ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Cóż niestety to mało moje klimaty, ale doceniam wkład artystyczny ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Piszesz zupełnie przeciwnie do tego, co o filmie mówili moi znajomi. ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Pozwolę się z Tobą całkowicie niezgodzić ;) Byłyśmy chyba na dwóch różnych filmach! Dla mnie ten film był prawdziwym przeżyciem, podaobał mi się bardzo! To, co było jego wielką siłą to muzyka i pokazanie wrażliwości i zagubienia Freddiego, jego walki z samym sobą, wątpliwości i dwóch oblicz: scenicznego i rodzinnego. Jestem fanką Queen od zawsze, oglądałam transmisję Liverpool Aidę na żywo, niestety nie byłam na żadnym koncercie, choć w domowej filmotece mam kilka koncertów. Znam też jego biografię i prawdą jest, że niektóre fakty zostały pominięte. Nie jest to dla mńie jednak zarzut w stronę filmu, bo wiedziałam, że nie idę na dokument. Gdyby ktoś podjął się takiego zadania to film musiałby trwać tydzień i nawet najzagorzalsi fani mogliby tego nie wytrzymać ;) Co do charakteryzacji...Freddy był jedyny i niepowtarzalny, ale uważam, że Rami Malek spisał się doskonale, bo chwilami patrząc na niego miałam wrażenie, że to prawdziwy Freddy. Przestudiował jego gesty, sposób poruszania się, mimikę.... I chwilami czułam się tak, jakbym była na koncercie...bezcenne. A prawdziwy Freddy śpiewa podczas napisów końcowych. Sala kinowa była pełna i nikt nie ruszył się z miejsca dopóki nie wybrzmiały ostatnia nuta. To też było wzruszające ;) Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  10. Właśnie spostrzegłem, że mój komputer spłatał mi figla i zamiast Live Aide wymyślił Liverpool Aidę ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Jeszcze nie oglądałam, ale mam go w planie.

    OdpowiedzUsuń
  12. Skoro historia została spłycona, raczej nie będę planowała jej obejrzenia. Szkoda mi na nią czasu.

    OdpowiedzUsuń
  13. Nie oglądałam i raczej nie zamierzam. :) Nie kręcą mnie tego typu filmy, chociaż wyjątkiem był dokument o Whitney Houston, ale nadal wisi na mojej liście "do obejrzenia".


    Zapraszam do siebie na nowy post > https://hiddenxguns.blogspot.com/2018/12/trzy-powody-dla-ktorych-warto-zakupic.html

    OdpowiedzUsuń
  14. Dzięki Twojej recenzji niezmarnuje czasu na ten film.

    OdpowiedzUsuń
  15. Nie planuję oglądać tego filmu, jako że nie jestem wielką fanką Queen. Naczytałam się o tym filmie i nasłuchałam od znajomych, ale nie widzę sensu oglądania czegoś, czego pierwotnej historii nie znam i nieszczególnie mnie ona interesuje.

    OdpowiedzUsuń
  16. Nie oglądałam i w sumie nie planowałam. Ale po Twojej ciekawej i dość ambiwalentnej opinii może się skuszę, żeby też wyrobić sobie własną 😉

    OdpowiedzUsuń
  17. Obejrzałam film i powiem szczerze, że ja się po nim bardzo dużo nie spodziewałam. Niestety, myślałam i to się potwierdziło, że raczej będzie to cukierkowa opowieść o historii Queen niż rzetelnie opowiedziana historia Freed'ego Mercury'ego. Podobała mi się muzyka, bo nie mogło być inaczej, niektóre wzruszające fragmenty jak koncert Live Aid. Może kiedyś doczekamy się lepszego filmu, który pokazuje i proces powstawania zespołu i złożoną osobowość Freed'ego.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję!

Recenzja "Harry Potter i Przeklęte Dziecko"

Ta dziewczyna naprawdę czerpie z życia pełnymi garściami i bierze jak swoje

Ta dziewczyna naprawdę czerpie z życia pełnymi garściami i bierze jak swoje
Wywiad: Portal Warszawa i Okolice

Recenzja: Sztuka Kochania